2014/08/15

JULIET IN WONDERLAND / PODRÓŻ ŻYCIA / WROCLOVE


Dzisiejsze zdjęcia są wyjątkowe, bo zrobione w najwspanialszym miejscu, które jest moim prywatnym rajem na ziemi i o którym więcej możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ. Okoliczności ich powstania są również niesamowite, ponieważ nie byłoby ich, gdyby nie szereg zbiegów okoliczności - papierosy, których nagle zabrakło, rozładowany telefon, nieudana próba odnalezienia pewnej osoby i prawdopodobnie kilka innych wypadków, o których zapomniałam. Gdyby nie to, nie szłybyśmy tamtego dnia, o tamtej porze, tamtą drogą, nie spotkałybyśmy fotografa (który swoją droga wisi mi zdjęcia od trzech lat!) zapatrzonego na mały domek i białe, osmolone okno porośnięte bluszczem, które wydawało się być portalem do innego, magicznego świata. Z racji tego, że łażenie po płotach, dachach i podejrzanych konstrukcjach spokojnie mogłabym wpisać sobie do CV jako zainteresowania, nie było mowy, żebyśmy nie przeskoczyły przez zardzewiałą siatkę, ogrodzenie, gąszcz pokrzyw, wcześniej wspomniane okienko i nie wyczyniły tych pięknych zdjęć. Za blendę posłużyły nam kawałki rozbitej szyby, wyszłyśmy zakurzone, lekko poobdzierane, ale szczęśliwe z efektów, które wreszcie dzisiaj (po miesiącu!) możecie podziwiać. Autorką zdjęć jest niezwykle zdolna Bielszczanka, Natalia Pająki Łączyńska.



Trochę mnie tutaj nie było, ale staram się czerpać z tych wakacji garściami, tyle ile się da, a spontaniczne wyjazdy i za dalekie podróże nie sprzyjają blogowaniu. Jak tylko osiądę gdzieś na dłużej, obiecuję odkurzyć klawiaturę i wrócić do regularnego pisania. Z racji krótkiej przerwy pomiędzy jedną wakacyjną przygodą, a drugą opowiem wam co robiłam w ostatnim czasie (który swoją drogą znacząco wpłynął na moje plany dotyczące najbliższej przyszłości).


Minionego miesiąca zdarzyła się najwspanialsza przygoda mojego życia. Jej początkiem jest niekoniecznie udany Przystanek Woodstock (właściwie to bardzo nie udany... nieudany do tego stopnia, że prawdopodobnie mój ostatni), na którym mimo wszystko miało miejsce kilka wyjątkowych spotkań, rozmów i sytuacji, stanowiących całkiem niezły wstęp do wydarzeń następnych dni. Z Kostrzyna odebrać mnie miała M i jej błękitna Kia Picanto, niestety (po)woodstockowe korki i rozładowany telefon utrudniły nam komunikację, a ja musiałam odbyć najdłuższą drogę wzdłuż zakorkowanej jezdni, (stety) poznając przy okazji kilka wyjątkowo ciekawych i intrygujących osób, kuglarza machającego pojeczkami na dachu samochodu przyjaciela męża siostry, przyjmując oświadczyny niejakiego Michała z Kopenhagi i odbywając niezwykle ciekawą rozmowę o OSHO i życiowej mądrości. Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć do M, miałam wrażenie, że właśnie przebyłam stukilometrowy maraton. Kolejnym przystankiem naszej podróży miała być Zielona Góra, a właściwie koncert zespołu Nuteki, na który... nigdy nie dotarłyśmy. 


Oszczędzę wam szczegółowego opisu stania w dwóch gigantycznych korkach, czekania na mechanika z pomocy drogowej, kiedy nagle w połowie drogi zabrakło nam benzyny, mycia zębów w deszczu, stanu bliskiego śmierci głodowej i wyśpiewywania rosyjskich, rockowych piosenek ku uciesze i zaskoczeniu współtowarzyszy korkowej niedoli (tak, to wszystko miała miejsce na zaledwie 137 kilometrach między Kostrzynem, a Zieloną Górą!). Do ZG dotarłyśmy w momencie, kiedy na dobre rozpoczął się koncert... drugiego zespołu. Załamane, zupełnie nie przypuszczałyśmy, że po koncercie podejdzie do nas... wokalista Nuteków (!!!). Następnie zostałyśmy uznane za wariatki, poznałyśmy połowę składu zespołu i ekipy, zjadłyśmy wyjątkowo podejrzenie wyglądające (i jeszcze bardziej podejrzanie smakujące c o ś). Po szalonej zielonogórskiej nocy, ruszyłyśmy do Wrocławia, ale żeby tradycji stało się zadość do niego również nie dotarłyśmy, bo w środku nocy zmógł nas sen i rano obudziłyśmy się w samochodzie zaparkowanym na stacji benzynowej n i e w i a d o m o g d z i e (naprawdę - do tej pory nie mamy zielonego pojęcia, gdzie wtedy byłyśmy). Jadąc dalej zahaczyłyśmy jeszcze o nasz ukochany Lubiąż, który niestety bez slotowiczów jest wyjątkowo przygnębiający.


Wrocławska część naszej wyprawy zlewa mi się trochę w jedną całość, pamiętam to raczej w formie strumienia świadomości, wydarzeń następujących po sobie w ciągu nie do końca jasnym i logicznym. Wrocław (którego wcześniej szczerze nie lubiłam, tak bardzo jak tylko można nie lubić miasta... a może nawet trochę bardziej) oczarował mnie i uwiódł bez reszty. Do szaleństwa zakochałam się w atmosferze, zapachu i rytmie miasta z tak wyjątkowo dobrą aurą/ wibracją/ energią (nazwij to jak chcesz), której nie spotkałam nigdzie indziej. Od pierwszego dnia doświadczałyśmy tam sytuacji wyjątkowych, będących prawdziwym błogosławieństwem, trafiających w punkt w nasze potrzeby w danym momencie. Sytuacje, które wcale nie musiały się zdarzyć, a jednak się zdarzyły i których ani ja, ani nie jesteśmy w stanie do końca wytłumaczyć. Nocne spotkania i nocne rozmowy, ładne poduszki, najlepsze papierosy, błogość, wegańskie jedzenie, spanie w aucie, wiśniowy dym, dwa mieszkania (w jednym łazienka, w drugim balkon), kolana i łydki, karimata i firanki z ręczników, spotkania, których nie było, śmierdzące mydło, szalone sny, mandaty, historie ludzi poznanych przypadkiem, dziwne ceny, ładne ulice, długie kolejki, tymbarki przeznaczenia, sos czosnkowy, malowanie się w szybie samochodu, Hiszpania, debet, brzydkie obrazy, piękne cmentarze, siedzenie w szafie, pralnia, życiowe decyzje, OSHO, dwie wanny, rowery, wiecznie zimna woda, nocne pojkowanie (nadal utrzymuję, że wyjątkowo opornie mi to idzie!), podniszczanie dzieciństwa, dużo pieniędzy, słońce, wyspa młodości, rozmowy o szukaniu tej jedynej... mali, małżeństwa (też dwa), ławki, dziwnie chodzący ludzie, wyprawy do sklepu w pidżamie, piwo, bezdomność, tatuaże, dziwne nazwiska, pomosty, drzewa, których nie było, bez przerwy rozładowany telefon, Habsburgowie, pogniecione ubrania, fontanna, wyścig z czasem, hindi nocą, pasztet sojowy... wszystko sojowe, odkomarzanie, gangsterzy, przypadkowe spotkania, całe życie jest przygodą, kuny na ulicy, duże ronda, dobre telefony, złe mosty, orientalne tańce i t e r a ź n i e j s z o ś ć, wielka pełnia teraźniejszości. 


Myśląc o tym czasie cały czas chodzi mi po głowie the youth (...) this is a call of arms to live and love and sleep together. We could flood the streets with love or light or heat whatever. Lock the parents out, cut a rug, twist and shout, wave your hands, make it rain for the stars will rise again... (znacie, nie?). Zakładam, że mogliście się zgubić, nie zrozumieć, a co niektórzy pewnie nie doczytali. Ale mi jest z tym dobrze. Z upublicznieniem tej niepoukładanej, szalonej historii, w której wszystko pasuje do siebie jak mysz do sera. Ktoś mi ostatnio powiedział, że jak gdzieś mi jest miło, dobrze, przyjemnie i wygodnie to zawsze mówię zostańmy tu na zawsze. No więc mówię: zostańmy t a m na zawsze. I wracamy do tego naszego magicznego Wrocławia za cztery dni. Wracamy po przygodę i po dokończenie historii bez pożegnania. I po coś jeszcze pewnie wracamy, ale tego dowiemy się dopiero na miejscu.

5 komentarzy:

Klaudia K pisze...

interesujące klimatyczne zdjęcia.

pozdrawiam
velvetbambi.blogspot.com

Egejta pisze...

niesamowity klimat zdjec! wygladasz pieknie i tak melancholijnie... profeska!

BLOGDROBE

fairylady pisze...

Świetna notka i zdjęcia, jedne z Twoich lepszych <3
Z przyjemnością obejrzałam i doczytałam do końca.:)

Życzę Ci więcej takich chwil i szalonych przygód.:)

Nath Madeline pisze...

A ładnie to tak być taką ładną? ;)

LittleOwl pisze...

Grunge <3

http://grungeandtorment.blogspot.co.at/